Zimowa wichura, prąd znika na kilka dni, a ty rozpalasz w piecokuchni i liczysz, że ciepło dotrze do kaloryferów. Jeśli płaszcz wodny pracuje na pompie obiegowej, to się nie uda. Pompa bez zasilania nie ruszy, więc ugotujesz i upieczesz, ale grzejniki w pokojach zostaną zimne. Bez prądu ciepło rozprowadzi tylko obieg grawitacyjny.
Co działa, gdy w domu nie ma prądu
Podstawowa wersja piecokuchni nie potrzebuje gniazdka. Na żeliwnej płycie zagotujesz wodę i ugotujesz obiad, a w piekarniku opalanym drewnem upieczesz chleb, nawet gdy cała okolica siedzi po ciemku. Przy kilkudniowej przerwie w dostawie energii w kuchni z takim piecem da się normalnie funkcjonować i jest w niej ciepło, podczas gdy reszta domu powoli stygnie.
Z ogrzewaniem jest skromniej. Piecokuchnia bez płaszcza wodnego grzeje pomieszczenie, w którym stoi, a sąsiednie tylko wtedy, gdy zostawisz otwarte drzwi. Pozostałe pokoje muszą wtedy liczyć na inne źródło ciepła.
Dlaczego kaloryfery na pompie zostaną zimne?
Model z płaszczem wodnym potrafi więcej, bo zasila kilka grzejników albo podgrzewa wodę użytkową. Cały haczyk tkwi w tym, jak ta woda krąży. Jeśli instalację zrobiono na pompie obiegowej, to pompa potrzebuje prądu. Kiedy go zabraknie, w palenisku płonie ogień i płyta jest gorąca, ale ciepło nie trafia do pokoi.
Bez zasilania grzejniki ogrzeje tylko obieg grawitacyjny, wykonany z odpowiednim zabezpieczeniem. Kiedy ktoś prosi mnie o podłączenie piecokuchni do instalacji, najpierw pytam, czy ogrzewanie ma działać przy wyłączonym prądzie. Jeśli tak, układ projektuje się inaczej. Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, w czasie awarii zostaje kuchenka z piekarnikiem, a nie ogrzewanie domu.
Trzeba też trzeźwo ocenić skalę. Nawet dobrze wpięta w centralne ogrzewanie piecokuchnia ogrzeje cały dom tylko wtedy, gdy budynek jest niewielki i porządnie ocieplony.
Przegrzanie to drugi problem przy płaszczu wodnym
Kocioł gazowy czy pompa ciepła trzymają temperaturę co do stopnia. W piecokuchni ogniem sterujesz szybrem i ilością drewna. Wystarczy przesadzić z załadunkiem, a w kuchni robi się trzydzieści stopni, a drzwiczki piekarnika są tak gorące, że nie sposób ich dotknąć.
Płaszcz wodny dokłada do tego kolejne zagrożenie: woda w instalacji może się przegrzać. Ciepło z paleniska musi mieć dokąd uciec, dlatego układ potrzebuje zabezpieczenia, które odprowadzi jego nadmiar. Szczególnie ważne jest to w czasie awarii, gdy pompa stoi, a domownicy dokładają do ognia, żeby było cieplej. Takie zabezpieczenie jest warunkiem bezpiecznego palenia, a nie dodatkiem, z którego można zrezygnować.
Ile kosztuje piecokuchnia i komu się opłaca?
Za piecokuchnię gotową do rozpalenia zapłacisz zwykle od 4 000 do 15 000 zł. Na tę kwotę składają się:
- samo urządzenie, czyli wolnostojąca piecokuchnia stalowo-żeliwna, również w wersji przystosowanej do centralnego ogrzewania,
- elementy odprowadzające spaliny, czyli rury, szyber i ocieplenie; ich koszt rośnie razem z długością przewodu,
- praca instalatora, który połączy piec z kominem,
- dostosowanie komina przez frezowanie albo kwasoodporny wkład, jeśli obecny przewód się nie nadaje.
Największą niewiadomą jest komin, więc jego stan sprawdza się przed zakupem urządzenia, a nie po nim. Nieszczelny przewód można na przykład wyłożyć aluminiowym rękawem. Gotowy model wystarczy wstawić i podłączyć do komina. Murowaną piecokuchnię z cegły szamotowej i kafli buduje zdun na zamówienie, a miejsce na nią planuje się już na etapie stanu surowego.
Najwięcej sensu ma w domku letniskowym albo siedlisku używanym sezonowo, w starej wiejskiej chacie oraz jako awaryjne źródło ciepła i gotowania w domu wolnostojącym bez dostępu do sieci gazowej. W nowoczesnym domu w mieście szybko zaczyna męczyć, bo trzeba codziennie rozpalać, wynosić popiół przez salon, trzymać zapas drewna i co sezon robić przegląd komina. Tam rozsądniejszym uzupełnieniem bywa kominek.
Jeśli kupujesz piecokuchnię właśnie na wypadek awarii, przed montażem ustal z instalatorem na piśmie, że grzejniki mają działać bez prądu, a nadmiar ciepła ma bezpiecznie gdzie uciec.