Przez lata byłem pewien, że skoro garaż jest ogrzewany, pellet leży w nim bezpiecznie. Potem w podajniku zaczął się zbierać pył, a granulki pękały w palcach. Przed tym sezonem sprawdziłem trzy rzeczy: posadzkę pod workami, ściany obok nich i stan samych worków.
Jak sprawdzałem miejsce składowania
Zacząłem od posadzki. Kilka worków stało bezpośrednio na betonie, bo tak było najszybciej. Podniosłem jeden i od spodu folia była chłodna i lekko wilgotna. Beton potrafi oddawać wilgoć z gruntu, a pellet jest paliwem higroskopijnym, czyli łatwo chłonie wodę z otoczenia.
Drugi krok to ściany. Worki stały dosunięte do zimnej ściany zewnętrznej. Przyłożyłem dłoń do muru i do folii w miejscu, gdzie się stykały. Właśnie w takich punktach skrapla się para wodna, nawet jeśli w pomieszczeniu jest ciepło. Przy okazji obejrzałem okolice bramy i sufitu pod kątem przecieków i zawilgoconych plam.
Trzeci krok to worki. Szukałem przetarć, dziur po przesuwaniu i rozdarć przy zgrzewach. Każde takie miejsce wpuszcza wilgotne powietrze do środka. Na koniec przesypałem garść pelletu z kilku worków i porównałem granulki.
Co wyszło po sprawdzeniu
Najgorzej wyglądały worki stojące na betonie przy ścianie zewnętrznej. Granulki były matowe, część pękała przy lekkim nacisku, a na dnie worka zbierało się sporo pyłu i trocin. Worki ustawione na środku garażu, z dala od muru, wyglądały wyraźnie lepiej.
To potwierdza zasadę, o której wcześniej nie myślałem: o jakości opału decyduje przede wszystkim wilgoć, a nie temperatura w pomieszczeniu. Dobry pellet ma zwykle wilgotność na poziomie 5–8%. Gdy nasiąka, pęcznieje, kruszy się i traci wartość opałową, bo część energii idzie na odparowanie wody zamiast na grzanie domu.
Skruszony granulat to też kłopot dla kotła. Pył może blokować podajnik, spalanie robi się nierówne, przybywa popiołu i sadzy. Sam wygląd pelletu nie powie dokładnie, ile stracił, bo tego nie zastąpi pomiar laboratoryjny. Do decyzji, które worki zużyć najpierw, w zupełności mi jednak wystarczył.
Co zmieniam przed sezonem grzewczym
Wszystkie worki trafiły na palety, żeby nie dotykały posadzki. Odsunąłem je od ścian zewnętrznych, zostawiając przejście, przez które mogę zajrzeć do zapasu i sprawdzić, czy nic nie przecieka. Uszkodzone worki zużywam jako pierwsze, a ich miejsca nie zajmuję nowymi.
Nie trzeba ogrzewać pomieszczenia, w którym leży pellet. Nieogrzewany garaż czy budynek gospodarczy też się nada, jeśli jest suchy, przewiewny i nie ma w nim przecieków ani mokrego podłoża. Sam dach to za mało, gdy wilgotne powietrze i woda z gruntu mają dostęp do worków.
Czego teraz unikam:
- stawiania worków prosto na betonie,
- dosuwania ich do zimnej ściany,
- trzymania pelletu pod wiatą, gdzie warunki zmieniają się z dnia na dzień,
- przesuwania worków po posadzce, przez co rozdzierają się od spodu.
Zanim wsypię nową porcję do podajnika, biorę garść granulek do ręki. Twarde, błyszczące i bez pyłu idą do kotła. Matowe, spękane i rozsypujące się w trociny odkładam, żeby nie zapchały podajnika w środku zimy.